Los Angeles, rok 1985
~Oczami Nathalie~
-To się nie dzieje naprawdę- szepnęłam sama do siebie, będąc nadal w lekkim szoku. Chwila, lekkim?! Ba, w ogromnym! Nadal nie potrafiłam w to uwierzyć. To było coś... coś nie do opisania. Uśmiechnęłam się szeroko, a w moich oczach pojawiły się pierwsze łzy. Łzy szczęścia, które po chwili swobodnie spływały po moich policzkach, niczym górski potok, który spada w wodospadzie. Pokiwałam głową z rezygnacją. Naprawdę myślałam, że to sen. Ale nawet jeśli, to nie chciałam się z niego budzić. Toteż wolałam nie szczypać się po rękach.
-E, panienko, a zapłata?!- z tego cudownego stanu, jakim było zamyślenie, wyrwał mnie nieprzyjemny głos mężczyzny. Spojrzałam na niego ze złością, lecz szybko się opanowałam, zdając sobie sprawę, że ma on rację.
-Już, już- mruknęłam, zaglądając do torebki i wyjęłam z niej mój mały portfel, z którego wydobyłam plik banknotów i podałam je facetowi przez otwarte okno samochodu, który był pewnego rodzaju busem. Samochód, który przywiózł mnie aż tutaj. Do najprawdziwszego Los Angeles, w tych Stanach Zjednoczonych! Nie, nie tych na mapie! Prawdziwe ulice, prawdziwe widoki, prawdziwi ludzie...
Głośny warkot silnika oznaczał, iż samochód odjechał, zostawiając mnie samą ze sobą i swoją walizką. Wewnętrzną częścią dłoni otarłam łzy z moich policzków. Nie mogłam się rozkleić tak na środku ulicy. Dlatego też poszłam przed siebie, w stronę parku, gdzie miałam zamiar usiąść w spokoju. Gdy zaczęłam mijać pierwsze drzewa, a trawa wokół była coraz bardziej bujniejsza, wiedziałam, że jestem już niedaleko. Po niedługiej chwili znalazłam się w centrum parku, gdzie poza olbrzymią ilością rozłożystych drzew, gęstych krzewów i soczyście zielonych traw, znajdował się mały stawik, który pięknie odbijał bezchmurne niebo. Usiadłam pod najwyższym drzewem, które dawało bardzo dużo cienia. Stąd też miałam cudowny widok na taflę wody. Przymknęłam oczy i oparłam się o gruby pień. Napawałam się ciszą, przerywaną jedynie przez wesołe świergoty ptaków. Delektowałam się ciepłem, które dawało słońce, nieprzerwanie od paru godzin. I znowu. Znowu poczułam pod powiekami krople łez, które znowu zaczęły spływać po mojej twarzy. Byłam rozerwana. Niby szczęśliwa, że jestem tu, w słonecznym Mieście Aniołów. Że podróż minęła spokojnie. Że szczęście w ostatnich latach wreszcie się do mnie uśmiechnęło. Przecież, nie każdemu udaje się wyrwać z komunistycznej Polski, by lecieć do Londynu i ukończyć studia. I do tego jeszcze dostać się do L.A, gdzie miałam zamiar zamieszkać. No, może z tymi studiami przesadziłam. Ale jeden rok ukończyłam. Co mam zrobić, że deszczowy klimat stolicy Anglii nie sprzyjał mojej nauce? A zwłaszcza o zarządzaniu przedsiębiorstwem. Bo po jednym roku zdałam sobie sprawę, że nie chcę w przyszłości pracować w nudnym biurze. Gdy tylko pomyślę, że dzień i noc musiałabym siedzieć przy biurku, to.. Brrr... Nie, nie nadaję się do tego. Ale wracając do głównego tematu, poza szczęściem czuję strach. Spowodowany był on tym, że martwiłam się, że nie znajdę mieszkania i pracy, albo, co gorsza, będę musiała pracować w różnych, nocnych klubach, czego tak bardzo nie chciałam. Miałam o wiele wyższe ambicje, choć jeszcze nie do końca wiem, z czym one są związane. Może tutaj pójdę na studia, na jakiś ciekawszy kierunek? Ale na razie najważniejsze jest, bym miała co jeść i dach nad głową. A skoro mowa o jedzeniu, mój żołądek odezwał się, dając znać, że najwyższa już pora na obiad. Podniosłam się bardzo leniwie i rozprostowałam kości, słysząc charakterystyczny chrupot, który mojej czynności niemal zawsze towarzyszył. Spojrzałam z szerokim uśmiechem na ustach w stronę nieba i mrużąc oczy, by słońce zaczęło trochę mniej oślepiać, dziękowałam w duchu, że jak na razie wszystko jest w porządku, po czym rozejrzałam się i ciągnąc swoją walizkę, skierowałam się w prawą stronę, choć nie wiedziałam, gdzie ta droga mnie poprowadzi...
Przeszłam niewiele, a już miałam serdecznie dość. Słońce na początku było dla mnie dobrym sygnałem, ale teraz wysoka temperatura wyraźnie dawała mi się we znaki. Byłam już cała spocona i lekko spragniona. O głodzie nawet nie wspomnę!
Usiadłam na w miarę wysokim murku, który oddzielał ulicę od chodnika dla pieszych. Położyłam na nim również rozprostowane nogi i wpatrywałam się przed siebie. W piękną alejkę, koło której rosły słynne, wysokie palmy. Wyciągnęłam z torebki butelkę wody i upiłam duży, ostatni łyk. Brak wody zmotywował mnie dodatkowo, bym ruszyła na dalsze poszukiwania jedzenia. Tak też zrobiłam, choć co chwila zatrzymywałam się przy każdej palmie, by wyraźnie ją obejrzeć z bliska i pogłaskać po korze. Silne drzewa, nie ma co.
Tymczasem w Polsce
~Oczami Julki~
Huk zamykanych drzwi rozległ się po całym mieszkaniu. Ten dźwięk zwiastował moje wtargnięcie do salonu, co po chwili oczywiście uczyniłam. Nie zdejmując z siebie nakrycia wierzchniego, usiadłam na kanapie, gdzie już swoje miejsca zajmowali moi przyjaciele. Nic nie mówiąc wgapiali się w czarny ekran. Dołączyłam do nich, oddając się swoim trudnym rozmyślaniom. Martwiłam się o siostrę, która jest tysiące kilometrów od nas. Była tam sama i nie ukrywajmy, mogła sobie nie poradzić. Każdy, kto ją zna, to z całą pewnością powie, że większej niezdary niż ona to świat nie widział. Nie, żebym zapeszała czy coś, ale kurwa! Jak ona sobie coś zrobi, to... No właśnie, nic na to nie poradzę, bo ona jest daleko! Weź tu człowieku bądź spokojny...
Przeniosłam wzrok z ekranu na mały stoliczek, który również stał przede mną. A na nim, najzwyczajniej w świecie, leżała sobie buteleczka whisky, którą szybkim ruchem ręki zabrałam i schowałam do wewnętrznej kieszeni kurtki. Dopiero później zorientowałam się, że wszyscy na mnie patrzyli. Zaczęli się głośno śmiać, a chłopak, który siedział najbliżej mnie (ma na imię Krzysiek, jakby kogoś to obchodziło), poklepał mnie po ramieniu.
-Oj pojebie, pojebie- westchnął z udawanym bólem serca, po czym wybuchł głośnym rżeniem śmiechem. A ja dołączyłam do nich. To właśnie było to. Oni traktowali mnie jak kumpla, kolesia. To mi naprawdę odpowiadało, tak jak cały bród, puste butelki i strzykawki. Niektórzy tego nie doceniają, ale to wszystko naprawdę ma w sobie to "coś". Coś, do czego mnie ciągnęło i co uwielbiałam...
-Dobra, może włączę ten telewizor- stwierdził chłopak o imieniu Maciek i powoli wstał, po czym ruszył do małego pudełka, potocznie zwanego telewizorem.
-Dzisiaj jest impreza u Darka- zaczęłam beznamiętnym tonem.- Idziemy?- spytałam, kierując wzrok w stronę przyjaciół.
-No jasne!- zawołali chórem, na co pozwalała telepatia i więź, jaka nas łączyła.
-No to wieczór zaplanowany- pomyślałam na głos.- Tylko co teraz?
-Teraz obejrzymy film- powiedział spokojnym tonem Maciek i nacisnął guzik na magnetowidzie, dzięki czemu na ekranie pojawiły się robaczki, znaczy, napisy początkowe.
-Teraz jest zajebiście- mruknęłam zadowolona, ale gdzieś głęboko w sercu nadal czułam niepokój...
~Oczami Nathalie~
-Ooo, jaki tu spokój, na na na na- umilałam sobie wędrówkę poprzez polskie piosenki, tym samym wysuszając sobie język, który już przypominał pustynię.- Nic się nie dzieje...
Aż tu nagle, zza zakrętu wyłoniły się dwie postacie. Były daleko, ale nawet z mojego położenia mogłam dostrzec, że oboje to mężczyźni z długimi włosami w kolorze blond. Podbiegłam do nich, znajdując ostatki sił. Zapewne mnie dostrzegli, gdyż przystanęli w miejscu i mogę się założyć, że patrzyli na mnie jak na kosmitkę. Tak biegłam, aż o mało nie wpadłam na jednego z nich. Na szczęście udało mi się w ostatniej chwili wyhamować. Uśmiechnęłam się bardzo szeroko do mężczyzn, oboje na oko mieli z 20 lat. Pierwszy z nich był bardzo wysoki, porównać go można do żyrafy! Ma on zielone oczy, w których w tej chwili malowało się zdziwienie. Ubrany był w czarną podkoszulkę z Sex Pistols i zwykłe, granatowe jeansy. Drugi, niższy od pierwszego, miał bardzo szeroki uśmiech, szerszy od mojego i niebieskie oczy, które tryskały radością życia, że tak to nazwę. Jego strój stanowiła granatowa koszulka z logiem KISS'ów i czarne, skórzane spodnie. No nie powiem, przystojni to oni byli...
-Hej chłopaki, gdzie macie tu coś do jedzenia?- spytałam bez zbędnego gadania, gdyż mój brzuszek domagał się papu.
-Jeszcze trochę prosto i na następnym skrzyżowaniu w prawo- powiedział cicho wyższy chłopak, po którym można było poznać, że był w szoku.
-Potem prosto i będzie pizzeria- wybąkał niższy, również nie ukrywając zdziwienia.
-Dzięki!- zawołałam i przytuliłam ich po przyjacielsku, co w przypadku żyrafy nie było wcale takie łatwe, po czym zadowolona oddaliłam się w kierunku knajpki.
Gdy byłam dostatecznie daleko, zaczęłam się głośno śmiać. Zdziwione miny facetów mogły rozbawić, zapewniam Was. Więc moja podwojona radość dodała mi sił i z lekkością motyla podążałam chodnikiem.
-Ale się najadłam- stwierdziłam, wychodząc z włoskiej knajpki. Ciężko było mi oddychać, gdyż mój brzuch był przepełniony. A weź tu jeszcze idź z wielką walizką!
Rozejrzałam się i nie bardzo wiedziałam, co mam robić. Przeczesałam palcami moje długie, brązowe włosy, mrucząc pod nosem jakieś pomysły. Aż w końcu stwierdziłam, że powinnam iść nadal w prawo. Byłam już przygotowana na to, że nie od razu znajdę mieszkanie, więc bardziej nastawiałam się na jakiś hotel. Ważne, by nie spać na ulicy, gdzie nocą podobno było niebezpiecznie. Słyszałam dużo o wszystkich ciemnych uliczkach, gdzie czekali już dilerzy i różne bandy, które szykowały się na swoje ofiary. Nawet na głównych ulicach nie jest bezpiecznie. Kluby ze striptizem, pijani goście szwędający się po ulicach, dziwki czekające pod latarnią... Okropnie nie chcę tam trafić. Wolałabym spać nawet i w jakimś więzieniu, niż tam. Choć w więzieniu też dużo psycholi, toteż to również nie był dobry pomysł.
Z niepokojem przyglądałam się znikającemu za horyzontem, słońcu. Robiło się coraz ciemniej, z oddali dobiegały mnie dziwne krzyki. Słyszałam szybkie bicie swojego serca. Czułam, jak dłonie zalewają się potem. Przerażona zorientowałam się, że przede mną rozciąga się ulica pełna klubów nocnych, a co za tym idzie - pijaków, zboczeńców i pijanych zboczeńców. Zewsząd dobiegały mnie różne okrzyki - zarówno te wesołe, jak i prześmiewcze. Znalazły się także te przerażone. Nie ukrywam, sama bym krzyczała ze strachu, choć tym mogłabym zwrócić na siebie niepotrzebną uwagę. Czułam się nieswojo, jakby ktoś mnie obserwował. Niepewnie przemierzałam ulicę, ciągnąc walizkę za sobą. Mijałam coraz więcej pojedynczych grupek. Do moich uszów dostawała się muzyka, dochodząca zza otwartych drzwi przeróżnych klubów. Chciałam stąd uciec, jak najszybciej minąć. Ale głupia ja, nawet mapy nie posiadałam. Najgorsze, że strasznie chciało mi się już iść spać, powieki były takie ciężkie, a nogi już odmawiały posłuszeństwa. Szłam coraz wolniej i traciłam czujność. Zaczęło mi być wszystko obojętne, po prostu chciałam się już położyć. Ale mocne szarpnięcie za moje ramię zdołało pobudzić moje zmysły i przyśpieszyć bicie serca. Było ciemno, więc nie wiele widziałam. Jedynie czułam, jak ktoś próbuje wyrwać moją torebkę, w której miałam portfel i jakieś pierdoły. Przynajmniej dokumenty miałam w plecaku, ale nie mogłam poddać się bez walki. Tam miałam wszystkie środki, niezbędne do dalszego życia. Jednak zmęczenie dało się we znaki, a do tego siła mężczyzny sprawiła, że zabrał torebkę i pchnął mnie. Leciałam na chodnik. Byłam przerażona i krzyczałam, ile sił w płucach. W moich oczach ponownie tego dnia pojawiły się łzy, tyle, że tym razem spowodowane były czymś innym. Chyba nie muszę mówić, czym...
Serce waliło jak szalone, jeszcze w życiu tak się nie bałam. Po plecach przeleciał mi nieprzyjemny dreszcz. Oczami wyobraźni już widziałam, jak upadam na chodnik i niemal już czułam ból, który temu miał towarzyszyć. I w tej ostatniej chwili poczułam czyjeś silne ręce, które złapały mnie i postawiły do pionu. Odwróciłam się przodem do właściciela rąk. Czułam, jak normalnie się trzęsę, a łzy zamieniły się w prawdziwy wodospad. Rozpłakałam się, a obraz nie dość, że ciemny, to i rozmazany, więc nie potrafiłam nic poznać. Bałam się. Tak jak nigdy. Poczułam, że ktoś delikatnie mnie obejmuje. Zaczęłam się mocno szarpać i krzyczeć, nie wiedziałam, co ten człowiek ma za zamiary. A nie miałam zamiaru dać się zgwałcić.
-Cicho, już dobrze- usłyszałam kojący szept, wypowiedziany wprost do mojego ucha. A ten głos był o dziwo znajomy. Nie wiedziałam, skąd go kojarzę, ale kojarzyłam. Przestałam się szarpać, gdyż zabrakło mi jakichkolwiek sił. Wysiadłam. Nie dałam rady, to już ponad moje siły. Ledwo stałam, myślałam, że zaraz zasnę na stojąco.
-P..Puść mnie- szepnęłam roztrzęsionym głosem. Nie wierzyłam zbytnio, by obcy wykonał mą prośbę, ale nigdy nie zaszkodzi spróbować. Bardzo chciałam się uwolnić, ale nie miałam już na to sił. Jedyne, na co było mnie stać, to błaganie o litość.
Zdziwiłam się ogromnie, gdy dotyk obcych rąk nagle zniknął. Niezbyt kojarzyłam, co się właściwie dzieje, ale po chwili do mojego umysłu wpadło jasne światło, pobudzając szare komórki do dalszej pracy. Zrozumiałam, że obcy jednak mnie puścił, a z tego ucieszyłam się ogromnie. Na mojej zmęczonej twarzy na chwilę zagościł delikatny uśmiech, najszerszy, na jaki było mnie stać w tej chwili. Odwróciłam się w stronę mojego "zbawiciela" i mrużąc oczy, próbowałam dowiedzieć się, kto to jest i skąd go kojarzę. A niebyło to łatwe, z powodu słabego oświetlenia. Jednak po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności i mogłam dostrzec twarz chłopaka. Niedługo mu się przyglądałam, gdyż poprzednie wydarzenie z jego udziałem, czasowo nie było strasznie oddalone. Albowiem był to mężczyzna, który dzisiaj pomógł mi dostać się do pizzerii, a obok niego stał ten sam, wysoki blondyn. Ale nawet to nie było w stanie mnie uspokoić.
-Wszystko w porządku?- spytał z wyraźną troską w głosie. Miałam nadzieję, że jest ona prawdziwa, a nie udawana.
-Taa, tylko zabrał mi wszystkie oszczędności na mieszkanie, jedzenie i inne czynniki niezbędne do życia- zaśmiałam się ironicznie, choć wiedziałam, że mój głos przepełniony był smutkiem, rozpaczą.- I jestem kompletnie wyczerpana- mruknęłam niewyraźnie, po czym przeciągle ziewnęłam, jakby mój organizm chciał potwierdzić moje słowa.
-Czyli nic nie jest w porządku- powiedział blond dryblas.- Może chcesz u nas przenocować?- zapytał sympatycznie, aczkolwiek ten pomysł od razu mi się nie spodobał. Przecież nawet ich imion nie znałam! A kto wie, czy oni na pewno mają czyste zamiary? Z doświadczenia wiem, że ludzie są kłamliwi, egoistyczni i można tu wymienić jeszcze wiele niemiłych epitetów. Wolałam nie ryzykować, ale z drugiej strony... Nie miałam gdzie mieszkać, nie miałam za co mieszkać i nie miałam sił szukać czegokolwiek. Gdyby nie oni, to prawdopodobnym by było, że zostanę tutaj jak stoję i zasnę na chodniku. Więc ryzyko jest jeszcze większe, tak?
Niepewnie spojrzałam w zielone oczy wyższego z chłopaków. Próbowałam w nich odczytać jego zamiary, aczkolwiek było zbyt ciemno. Ledwo co mogłam dostrzec wyraz jego twarzy, a co dopiero plany w oczach! Głupie pomysły przychodzą mi do głowy...
-Jest decyzja?- spytał mniejszy blondyn, gdyż oczekiwanie na moją odpowiedź zaczęło się niemiło przedłużać.
-Ale ja nawet waszych imion nie znam- westchnęłam, choć byłam coraz bliżej pozytywnego rozpatrzenia propozycji.
-Ja jestem Steven, a ten obok to Duff- przedstawił ich niebieskooki, chcąc mnie najwyraźniej namówić.
-Nathalie, miło mi- mruknęłam automatycznie.- No dobrze, niech będzie- powiedziałam beznamiętnym tonem, gdyż naprawdę nie miałam siły na cokolwiek.- Daleko mieszkacie?- spytałam, ledwo siląc się od ziewnięcia.
-Nie daleko. Zresztą, jesteśmy samochodem- powiedział spokojnie Duff i podszedł do mnie powoli. Cofnęłam się automatycznie, wpadając plecami na ścianę.
-Spokojnie, wezmę tylko twoją walizkę- powiedział spokojnie, przemieszczając się w moją stronę. Wyjął mi z ręki uchwyt od walizki i sam mocno go pochwycił. Odwrócił się i poszedł przed siebie, ciągnąc za sobą mój bagaż.
-Chodź, Nathalie- ponownie usłyszałam przyjemny szept Stevena, tuż koło mojego ucha.
-Idę, idę- mruknęłam nieprzytomnie, wlokąc się powoli przed siebie.
-Zaraz będziemy w samochodzie, jeszcze trochę- powiedział Steve, jakby wiedząc, że nie dawałam już rady. Wolałam nie pytać chłopaka o godzinę, gdyż zapewne przeraziłabym się.
Po chwili siedziałam już wygodnie w fotelu z przymkniętymi oczami. Tak odpoczywało mi się najlepiej. Ale dzisiaj krótki odpoczynek mi nie wystarczył, więc wyszło jak wyszło i usnęłam w fotelu... I jedyne, co pamiętam to głośne śmiechy i uczucie, że ktoś mnie przenosi....
~Oczami Julki~
-Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi!- głośny śpiew rozległ się echem po całej dzielnicy. Spojrzałam w stronę źródła dźwięku, czyli w stronę mego przyjaciela, Jarka. Uraczyłam go zażenowanym spojrzeniem. No bo, kto normalny śpiewa kolędy w okresie nieświątecznym?!
-Wstańcie z podłogi, chodźmy się najebać! Ruszcie dupy i ruszamy, na imprezę do Darka chaty, by się najebać!- dokończyłam piosenkę wedle swego pomysłu, który idealnie wpasował się w naszą wyprawę.
Byliśmy już niedaleko domu gospodarza, toteż nie mogłam się doczekać, by wreszcie napić się kompletnie darmowego alkoholu.
-Jesteś popieprzona- stwierdził Maciek, ledwo powstrzymując się od głośnego śmiechu, który zbudzić by mógł całe miasto.
-Ty zazdrościsz mi mojej zajebistości- stwierdziłam rzecz niemal oczywistą, aczkolwiek wolałam przypomnieć przyjaciołom o tejże ważnej rzeczy.
-Wcale nie- mruknął naburmuszony, niczym małe dziecko, chłopak.
Szlachetnie postanowiłam nie rozpoczynać następnej sprzeczki, toteż szliśmy w ciszy, która jednak nie mogła trwać za długo. Właśnie jedno z nas otworzyło jadaczkę, z zamiarem przerwania, o dziwo komfortowej, ciszy. Jednakże nie było mu to dane, gdyż właśnie znaleźliśmy się pod domem naszego kumpla. Podeszłam pierwsza do drzwi i otworzyłam je swoim ulubionym sposobem: z kopa. Wparowaliśmy całą bandą do pomieszczenia, przepychając się przez wąskie drzwi. Ostatecznie wszyscy dostali się do środka, gdzie słychać było zajebisty wokal pana Tylera, wielce szanowanego w naszym gronie.
Pierwsze co zrobiłam, to rozejrzenie się po pokoju. Moim celem było odnalezienie stolika z alkoholem, który od razu rzucił mi się w oczy. Skierowałam tam swoje cztery litery i od razu zagarnęłam cztery butelki napoju bogów, jakim było whisky. Trzy butelki schowałam do przydużej, skórzanej kurtki, a pozostałą otworzyłam i wzięłam dużego łyka. Towarzyszące temu pieczenie w gardle nie było mi już obce. Uwielbiałam te uczucie i zawsze uwielbiać będę. Nie zapowiada się, by mogło być inaczej.
Kątem oka dostrzegłam gospodarza dzisiejszej imprezy. Resztki kultury zmusiły mnie, bym poszła przywitać się z chłopakiem. Zrobiłam tak bezzwłocznie.
-Hej Popaprańcu!- zawołałam, stając tuż koło Darka.- Niezła impreza- stwierdziłam, posyłając chłopakowi przyjazny uśmiech.
-Witaj Szatanie!- mężczyzna najwidoczniej ucieszył się na mój widok.- Cieszę się, że się podoba!- oznajmił, szczerząc się niczym głupi do sera, tym samym ukazując nierówny rządek zębów.
-Nie mogłoby być inaczej- zaśmiałam się i przyjaźnie poklepałam mężczyznę po plecach.
Spojrzałam ukradkiem na stoliczek z alkoholem, choć mój wzrok został przyciągnięty przez kompletnie inny czynnik. Otóż, był to Jasiek z Krzyśkiem. Stali oni tyłem do siebie i niby niezauważalnie, aczkolwiek bardzo widocznie, macali się nawzajem po swoich tyłkach. Patrzyłam na to zdziwiona. Nie pomyślałabym, że oni mogą być parą homoseksualistów. Ale skoro oni tak chcą, to nie możemy im tego zabronić.... Chyba.
-Julka, czy ty widzisz dotykających się Jaśka z Krzyśkiem?- spytał Darek, który również był zszokowany tym widokiem.
-Widzę- odparłam krótko, nie odrywając wzroku od chłopaków.- I jestem tym zdziwiona niemniej od ciebie- powiedziałam, odwracając twarz w stronę chłopaka.
Wymieniliśmy między sobą zszokowane spojrzenia, po czym wstałam i bardzo powoli podeszłam do chłopaków, którzy nie zaprzestali swojej poprzedniej czynności.
-Krzysiek, Jasiek, nie wiedziałam, że aż tak się lubicie!- zawołałam przez śmiech, kryjąc swoje zdziwienie, które łatwo ustąpiło sarkazmowi.
-Co?- zdziwił się pierwszy z nich i odwrócił się nagle, podobnie zaś uczynił jego partner.- Jasiek, zjebie, czemu mnie dotykasz?!- zawołał wkurzony, a jego twarz oblał dorodny rumieniec.
Zabawne. Chłopak rumieniący się to nie częste zjawisko.
-Ja?!- krzyknął Janek.- To raczej ty! Ja myślałem, że to zwykła dziwka!- zawołał, żywo przy tym gestykulując.
-Ja myślałem, że to dziwka!- odkrzyknął Krzychu, nie kryjąc swego zawstydzenia.
Zapowiadało się ciekawie, ale cała akcja została brutalnie przerwana przez Maćka, który znalazł się pomiędzy kłócącymi się chłopakami.
-Słuchajcie, to tylko nieporozumienie, tak?- próbował uspokoić ich Maciek.- Więc nie ma o co się kłócić. Udawajmy, że nic się nie stało- zaproponował spokojnym, jak zwykle, głosem.
-Spoko- powiedział Krzysztof, z którego emocje zaczęły powoli odparowywać.
-Tak będzie najlepiej- skwitował Jasiek, dzięki czemu wielka afera została zażegnana.
Więc dzięki bardzo, moja robota skończona!
-Proponuję się napić za nie-gejostwo chłopaków- powiedziałam głośno i wyraźnie, popijając ulubiony trunek.
Wszyscy w odpowiedzi pokiwali energicznie głowami, po czym przynieśli sobie po butelce z napojem wysokoprocentowym. I tak każdy wypił po butelce, dwie, trzy, cztery... Aż wreszcie przestaliśmy je liczyć...